sobota, 14 października 2017

Zielono mi, czyli przegląd zielonych maseczek!

Do niedawna nie doceniałam maseczek, nie używałam im poniekąd z lenistwa a z drugiej strony nie wierzyłam w ich działanie. Dopiero od jakiegoś czasu stały nie nieodłączną częścią pielęgnacji mojej twarzy. Moje zapasy są coraz większe, od maseczek w saszetkach po te w płachcie, które są moimi ulubionymi. Dziś natomiast przedstawię Wam zestawienie moich wszystkich maseczkach w zielonych opakowaniach - od taka kolorowa seria szykuje się na blogu! A zaczynam pozytywnie - zielony czas start! 
Maseczka matująco-narmalizująca Tołpa przeznaczona do cery mieszanej i tłustej. Ma bardzo gęstą i kremową konsystencję o białym kolorze i przyjemnym zapachu. Dzięki przyjemnej konsystencji bardzo łatwo nakłada się ją na twarz, po jakimś czasie zastyga, ale jednocześnie nie ma żadnego problemu z jej zmyciem. Na twarzy trzymałam ją znacznie dłużej niż zaleca to producent - bo ok. 30min. Po jej użyciu skóra jest dobrze oczyszczona, nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku a do tego widocznie zmatowiona. 
Maseczka Marion oczyszczająca i nawilżająca, czyli wersja ogórkowa. Od kiedy zobaczyłam pierwszy raz te maseczki  bardzo chciałam je wypróbować i w końcu się udało. W opakowaniu jest jej dość sporo bo 7,5ml - wystarcza na jedną maseczkę o grubej warstwie lub dwie z cieńszą warstwą, ja zazwyczaj wolę cieńsze warstwy więc maseczką na pół podzieliłam się z siostrą. Ma konsystencję kremową, która przy cienkiej warstwie wchłonęła się w twarz.Trzymałam ją około 30 min - zupełnie zapomniałam, że mam ją na twarzy. Po zmyciu resztek maseczki cera była miękka, nawilżona, ukojona a koloryt był ładnie wyrównany. 
Aloe Slice Soothing Gel Multi Patch, czyli maseczka do pielęgnacji całego ciała z serii Aloe Holika Holika. Kupiłam ją przekonana, że to maseczka w płachcie, jednak  w środku znalazłam 2 przeźroczyste kwadraty nasączone esencją. Z ciekawości, czy faktycznie działają zgodnie z opisem producenta nałożyłam je pod oczy - właściwie można nałożyć je na każdą część ciała ale miałam wyjątkowo suchą skórę pod oczami, więc zastosowałam je pod oczy. Świetnie dopasowują się do kształtów twarzy, przez co w żadnym miejscu nie odstają. Dają uczucie przyjemnego chłodu - latem można się przy nim odprężyć. Plastry na twarzy przetrzymałam troszkę dłużej niż radzi producent, bo aż pół godziny, jednak efekt chłodzący z czasem zaczął słabnąć. Po zdjęciu plastrów i wklepaniu nadmiaru esencji skóra była mocno nawilżona, gładka, błyszcząca, odżywiona a opuchnięcia, które miałam zniknęły. Jutro idę kupić zapas plastrów, bo mam zamiar wypróbować ich na innych częściach ciała, m.in. na łokciach, mam nadzieję, że sprawdzą się równie dobrze. 
Multi BioMask, zestaw maska nawilżająca+ maska oczyszczająca. Można ich używać zarówno razem jak i osobno. Ja jednak z powodu dość sporej ilości maseczek w saszetkach użyłam ich osobno. Maseczka nawilżająca świetnie się rozprowadza, delikatnie zastyga ale bardzo łatwo ją zmyć. Po jej użyciu cera jest miękka, delikatna i nawilżona. Równie dobrze spisała się maseczka oczyszczająca, nie zastyga więc bardzo łatwo ją zmyć, podobnie jak przy nawilżającej. Twarz po jej zmyciu była oczyszczona i pełna zdrowego blasku. Obydwie sprawdziły się u mnie równie dobrze. Mam zamiar kupić kolejne opakowanie i tym razem użyć ich obu na raz - w miejscach suchych nawilżającą a w miejscach gdzie moja cera jest mieszana - oczyszczającą.

czwartek, 12 października 2017

Czarne na białym - miłość od pierwszego użycia!

Już jakiś czas temu zrezygnowałam z płynów do demakijażu i przerzuciłam się na demakijaż olejem kokosowym. Niestety od kiedy regularnie przedłużam rzęsy unikam tłustych rzeczy do demakijażu, dlatego też musiałam zrezygnować z oleju kokosowego. Jednak już jakiś czas temu, dzięki Justynie z bloga eddieegger.blogspot.com poznałam Lawendową Farmę i ich cudowne, naturalne i ręcznie robione mydła. Miałam okazję wypróbować aż 3 różne warianty: Czarne na Białym, Czysty Kokos i Gładką Czekoladkę. Dziś pokażę Wam jedno z nich, które skradło moje serce. 
Czarne na Białym to nic innego jak wiórki mydła z węglem aktywnym zanurzone w zmydlonym oleju kokosowym, rycynowym i oliwie. Jak wszystkie mydła Lawendowej Farmy, tak i Czarne na Białym wyrabiane jest ręcznie, metodą na zimno. Używam go regularnie, od czerwca 2 razy dziennie, rano i wieczorem jako pierwszy krok w pielęgnacji twarzy. Już po pierwszym użyciu zakochałam się w jego działaniu. Jest to dość spore mydełko, bo aż 100g, posiada delikatny zapach - praktycznie wcale nie wyczuwalny. Do tego całkiem fajnie się pieni, ale jest to bardzo delikatna i przyjemna pianka, którą bardzo przyjemnie myje się twarz. 
Twarz po jego użyciu jest wyraźnie oczyszczona, delikatnie ściągnięta ale nie wysuszona jak w przypadku samej wody czy niektórych żeli. Nie podrażnia mojej skóry, choć spotkałam się z opinią, że czasem lubi wysuszyć bardzo wrażliwą skórę. Ponadto, dzięki wiórkom, które posiada pozwala na walkę z zaskórniakami i faktycznie - od kiedy zaczęłam go używać, z twarzy zniknęła mi co najmniej połowa zaskórniaków a pozostała ich część znacznie się zmniejszyła - to właśnie za to pokochałam to mydełko! Do tego jest bardzo wydajne, jedno mydełko, które ma aż 100g przy codziennym użytkowaniu starcza mi prawie na 2 miesiące. 
Pokochałam to mydełko, podobnie jak dwa inne, które miałam okazję próbować a teraz mam ochotę na kolejne. 100g naturalnego mydełka w sklepie lawendowafarma.pl kosztuje 14zł, często jednak trafiają się dodatkowe promocje i mydełka można dorwać za jedyne 12zł! 

Znacie mydełka Lawendowa Farma? A może macie swoje ulubione naturalne mydełka?